Helen
Helen to niewielkie miasteczko w północno-wschodniej Georgii, położone w hrabstwie White, nad górnym biegiem rzeki Chattahoochee, pośród zalesionych wzgórz Blue Ridge. Od Atlanty dzieli je ok. 140 kilometrów, a miejscowość liczy raptem pół tysiąca mieszkańców. Rozmiarami przypomina niewielką osadę, ambicjami – park tematyczny. Centrum Helen ma uchodzić za kawałek Bawarii przeniesiony w Appalachy. Strome dachy, wieżyczki, drewniane balkony, kamienne murki oraz dekoracyjne imitacje muru pruskiego tworzą kilka przecznic bawarskiego Disneylandu bez kolejek górskich. Niemieckość jest starannie zaprojektowaną scenografią. Kicz i tandeta na tyle niecodzienne i konsekwentne, że stały się tożsamością miejscowości.
Pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku Helen wyglądało jak zwyczajne, podupadające amerykańskie miasteczko. Jego wcześniejszy rozwój łączył się z uruchomieniem w 1910 roku dużego tartaku Byrd-Matthews Corporation i doprowadzeniem linii kolejowej. Gdy okoliczne lasy zostały wyeksploatowane, tartak zamknięto w 1931 roku, kolej straciła gospodarcze znaczenie, a po dawnym ośrodku przemysłu drzewnego pozostało kilka sklepów i prostych, często betonowych budynków.
W styczniu 1969 roku trzej miejscowi przedsiębiorcy zaczęli zastanawiać się, jak zatrzymać turystów przejeżdżających przez Helen w drodze w góry. Zaproszony do współpracy artysta John Kollock sfotografował główną ulicę i przygotował jej „alpejską” wersję, korzystając ze wspomnień ze służby wojskowej w Niemczech i podróży po Bawarii. Pomysł przyjęto z entuzjazmem, a już jesienią wiele istniejących budynków miało nowe fasady.
Konstrukcja pozostała amerykańska, Europę dostawiono od frontu. W ten sposób Bawaria powstała w Georgii w ciągu kilku miesięcy – tempo, którego autentyczne niemieckie miasteczka mogłyby tylko pozazdrościć. Szereg niemal identycznych budynków otrzymał obowiązkowy zestaw „alpejskich” dodatków: czerwone dachy, kontrastowe belki przybite do elewacji, niewielkie balkony, ozdobne balustrady i daszki nad wejściami. Efekt przypomina osiedle szeregówek, które przed oddaniem do użytku skierowano jeszcze na przyspieszony kurs bawarskości. W Helen tandeta zyskała swoje normy techniczne i właściwy organ nadzoru.
Castle Inn przy głównej ulicy, tuż nad rzeką Chattahoochee – bawarski zajazd, tyrolski chalet i średniowieczny zamek wyjęty z dziecięcej kolorowanki spotkały się na jednej elewacji. Hotel otrzymał dwie wieże, ostrołukowe okna, kamienne obramienia, długi drewniany balkon i dachy o nachyleniu odpowiednim dla krainy, w której śnieg pada znacznie częściej niż w północnej Georgii.
Hotel może udawać zamek, Helen potrzebowało dodatkowo Roszpunki. Obiekt nazywany jest Rapunzel’s Tower, zaś namalowana na elewacji bohaterka z imponującym warkoczem usuwa wszelkie wątpliwości interpretacyjne. W niemieckich baśniach do uwięzionej księżniczki wspinał się królewicz; w Georgii wystarczy rezerwacja, karta płatnicza i dobra kondycja.
Wprawdzie Helen nie odziedziczyło średniowiecznej legendy, lecz można ją było namalować na ścianie. Mural przedstawia wyidealizowany autoportret hotelu – balkony nad rzeką Chattahoochee, kamienny most, zalesione wzgórza i tarczę herbową z zamkiem. Miejsca ma jednak bardziej amerykańsą historię. W 1977 roku, podczas realizacji filmu Smokey and the Bandit (w Polsce jako Mistrz kierownicy ucieka) zatrzymali się tutaj Jackie Gleason, reżyser Hal Needham i znaczna część ekipy, a w kompleksie widywano również Burta Reynoldsa i Sally Field.
Po kilku przecznicach niemieckiej dekoracji „bawarskość” Helen dociera tam, gdzie ma największe szanse przekonać przyjezdnych Amerykanów – do kufla i na talerz. Początkowo restauracja nosiła nazwę The Forge i serwowała potrawy niemieckie oraz amerykańskie; w 1980 roku przemianowano ją na Old Heidelberg i nadano jej zdecydowanie niemiecki profil. Piwo jest więc rzeczywiście bawarskie; architektura – bawarska w stopniu przewidzianym przez miejscowy regulamin budowlany.
Pierwszy Oktoberfest w Helen zorganizował w 1970 roku Pete Hodkinson, jeden z głównych twórców turystycznej przemiany miasta. Oficjalne obchody odbywają się w położonej nad Chattahoochee hali Helen Festhalle i rozpoczynają paradą oraz ceremonialnym otwarciem pierwszej beczki. Potem przychodzą polki, akordeony, lederhosen, dirndle i zbiorowy taniec do melodii znanej jako Chicken Dance.
Flagi różnych państw, wiatrak, niemieckie nazwy, bawarskie piwo i holenderskie chodaki tworzą wspólną kategorię pod nazwą „Europa”. Dokładność geograficzna byłaby tutaj niepotrzebnym ograniczeniem: Amerykanin ma rozpoznać Stary Kontynent, zrobić zdjęcie i kupić pamiątkę. Granice pozostawiono na mapach – w lokalnym Disneylandzie liczy się przede wszystkim to, aby wszystko wyglądało dostatecznie europejsko, i zmieściło się później w bagażniku.
Skoro są Niemcy, to i polskich akcentów zabraknąć nie mogło. Kto dokonał wyboru, trudno stwierdzić. W każdym razie Pierogies & Kiełbasa stają się wizytówką narodu znad Wisły. Prawie jak Kościuszko i Pułaski (Tybee Island).
Przyjeżdzających i wyjeżdzających wita quasi-alpejski napis Helen w stanie Georgia. Panoramy niemal jak z Tyrolu, a może nawet niczym z Chamonix-Mont Blanc, do tego choinki, iglaki. Grunt, że równo przycięte. Każdy ma Alpy na miarę swoich możliwości.
Helen powraca jednak do Appalachów. Willie the Wildewood Bear – niedźwiedź czarny jest autentycznym mieszkańcem tego regionu. Największa z trzech populacji występujących w Georgii żyje w tutejszych górach i stanowi część większej populacji południowych Appalachów. Po niemal całkowitym wytępieniu w latach trzydziestych XX wieku gatunek odrodził się, a stanowa administracja szacuje obecnie jego liczebność na ponad 4 tysiące osobników.
Po bawarskich fasadach, holenderskich chodakach, plastikowym niedźwiedziu i kiczu do kwadratu Helen zdejmuje europejskie przebranie. W Stanach Zjednoczonych nie tylko kicz być duży, a najlepiej jeszcze większy niż duży. Bawaria była dekoracją, ale to jednak Ford jest prawdziwą Ameryką.













